Jak lato to…Wczasy. Wywiad z zespołem.

wczasy koncert

  Wczasy to duet założony przez Bartłomieja Maczaluka i Jakuba Żwirełło. Zespół zadebiutował EPką “1000 problemów” (2017), ale to wydana w 2018 roku płyta “Zawody” zdobyła uznanie krytyków i przyniosła im rozpoznawalność wśród entuzjastów polskiej sceny alternatywnej. Muzyka, którą grają Wczasy, to bardzo sprawnie podana mieszanka synthpopu rodem z lat 80-tych, gitarowych brzmień oraz charakterystycznych wokali duetu. W warstwie tekstowej sporo jest nostalgii, niepewności i rezygnacji. Pod płaszczem pesymizmu kryją się jednak doza ciepła oraz tęsknota za beztroskimi latami młodości.

 Po lockdownie zespół powrócił na krótką trasę koncertową. 19 lipca miałam przyjemność usłyszeć Wczasy we wrocławskiej “Podróży”. Okoliczności, w których odbył się koncert, zachęciły mnie do przeprowadzania wywiadu z muzykami. W aurze ciepłego, letniego wieczoru, rozmawialiśmy między innymi o festiwalach muzycznych, których w tym roku niestety nie było i nie będzie. W gratisie dostałam kilka koncertowych anegdot oraz małą zapowiedź nadchodzącej płyty.

Wspomnieliście, że okoliczności dzisiejszego koncertu są dosyć nietypowe. Jakie było najbardziej dziwne lub abstrakcyjne miejsce, w którym przyszło Wam grać?

Kuba: Kiedyś graliśmy na weselu, ale to był DJ set. Mieliśmy też okazję zagrać koncert jako Wczasy na wieczorze kawalerskim.

Bartek: Przypominam sobie taki jeden koncert, graliśmy na barce w Kazimierzu Dolnym. Wyglądało to tak, że scena była ustawiona na barce, a publiczność siedziała na bulwarze. Kiedy nad Wisłą zaczęło zachodzić słońce, zrobiło się bardzo klimatycznie. Graliśmy też na dziedzińcu XVI- wiecznego Pałacu w Gorzanowie.

Kuba: Bartek miał okazję występować z kolegą z byłego zespołu (Szezlong) w pijalni Warki. W środku postawiony był samochód pickup i oni na nim grali.

Bartek: Kolega namówił mnie, żebyśmy zagrali taką chałturę. To była pełna improwizacja. Ludzie chyba spodziewali się, że zagramy covery popularnych utworów. A my, siedząc na plastikowym pickupie, bez wokali, ale za to z gitarą akustyczną i perkusją, graliśmy naprawdę dziwne rzeczy. Czułem się trochę zażenowany, ale mam naprawdę wyraźne wspomnienia z tego występu. Warto czasem wyjść ze swojej strefy komfortu.

Kuba: Ja zapamiętałem przede wszystkim nasz koncert w Warszawie na Powiślu, na dachu dworca. Ludzie wiedzieli, że będzie koncert, ale nie wiedzieli gdzie. Przed koncertem weszliśmy po drabinie na dach i tam graliśmy. Prawie jak Beatlesi. A tak poza tym, to nie występowaliśmy w jakichś bardzo nietypowych miejscach, typu latarnia morska. No chyba, że tego nie pamiętam.

Bartek: Ale moim zdaniem najdziwniejszy koncert jaki zagraliśmy, był w Bielawie.

No właśnie, o tym koncercie wspominaliście nawet podczas dzisiejszego występu. Może moglibyście uchylić rąbka tajemnicy, co właściwie wydarzyło się w Bielawie?

Bartek: Koncert miał miejsce w barze pod halą przystosowaną do gry paintball, a backstage mieliśmy w szatni tej hali.

Kuba: To była taka obskurna szatnia, połączona z łazienką, do której ludzie przychodzą, żeby się przebrać po grze. W tej szatni mieliśmy też nocleg i musieliśmy spędzić tam całą noc.

Bartek: Była tam również szwalnia – dla każdego coś miłego. To była ciekawa impreza, bo każdy mógł przyjść z własnym alkoholem. Oprócz nas było też kilka innych zespołów.

Kuba: Ludziom było obojętne, czy będziemy grać koncert, czy nie. Jak zaczęliśmy grać to większość była już w takim stanie, że nie mało dla nich znaczenia, kto stoi na scenie. Większość ludzi przyszła tam chlać wódę, to było priorytetem.

Czy wy, jako słuchacze, mieliście okazję być na koncercie, który wywarł na was szczególne wrażenie?

Bartek: Ciężko sobie przypomnieć, na pewno sporo takich było, ponieważ staramy się chodzić na koncerty jak najczęściej. Na pewno utkwił mi w pamięci występ Mykki Blanco, który grał na barce w Budapeszcie. Z czasów, kiedy w Polsce takie akcje nie były jeszcze zbyt popularne, byłem na koncercie Grahama Coxona w Londynie, gdzie akurat mieszkałem. Tak się złożyło, że Coxon występował za darmo w małym sklepie muzycznym. Na koncercie było jakieś trzydzieści osób, a przecież Coxon jest jednym z najlepszych współczesnych gitarzystów i nawet ludzie, którzy nie interesują się muzyką, znają takie kawałki jak “Song 2”.

Kuba: Mi przychodzi do głowy zespół BNNT. Chłopacy kupili samochód (ogórka) i na nim mieli scenę. Zrobili taką akcję (soundbombing) i jeździli po różnych miastach w Polsce. Byli we Wrocławiu, Poznaniu, na OFF Festivalu. Podjeżdżali autem, na którym mieli poustawiane wzmacniacze, perkusję, stawali w jakimś miejscu na ulicy i grali koncert.

Jeśli chodzi o ten rok, bardzo ubolewam nad tym, że nie odbędą się festiwale muzyczne…

Kuba: A co my mamy powiedzieć!

No właśnie! A mieliście okazję grać zarówno na OFF Festivalu, jak i na Openerze. Klimat którego festiwalu był wam bliższy?

Kuba: Jeśli chodzi o zabawę, to w obu miejscach bawiliśmy się wybornie. Lubię Openera, ale OFF jest bardziej kompaktowy.

Bartek: Publiczność na OFFie jest bardziej nastawiona na to, żeby słuchać muzyki. Jest tam bardzo mało przypadkowych ludzi. Opener stał się trochę lunaparkiem i muzycznym supermarketem, co oczywiście też ma swoje zalety, bo jest mnóstwo takich koncertów, których nie da się zobaczyć w innym miejscu w Polsce. To są jednak dwa zupełnie różne festiwale, ale OFFa wolę z tego względu, że jest tam łatwiej odpocząć, pomimo tej całej festiwalowej gonitwy. Okoliczności przyrody i małe odległości między scenami sprawiają, że nie jest tak męczący jak Opener. Do tego panuje tam rodzinny klimat, można spotkać dużo znajomych.

Kuba: Ale też sami artyści częściej wychodzą do ludzi, można porozmawiać z innymi zespołami, przybić pionę czy napić się piwka.

Czy na ostatnim OFF Festivalu mieliście okazję pogadać z zespołami zza granicy?

Kuba: Tak, mieliśmy okazję poznać muzyków z zespołów Boogarins i Superorganism. Siedzieliśmy sobie razem kilka godzin i rozmawialiśmy.

Bartek: Ja przed koncertem Foals podszedłem do ich wokalisty – Yannisa Philippakisa i powiedziałem mu: “Słuchaj, to nie jest taki wielki festiwal, do którego jesteście przyzwyczajeni. Nie musicie grać samych hitów, możecie zagrać sobie na przykład nową płytkę. Tutaj publiczność nie oczekuje greatest hits”. Yannis był bardzo zdziwiony jak to usłyszał i ostatecznie zagrali same hity.

Jak jesteście na festiwalu, to bardziej skupiacie się na tym, żeby zrobić swoje, a potem korzystacie z jego uroków, czy staracie się też poznawać ofertę koncertową?

Kuba: Gramy swój koncert, a potem jak najwięcej chcemy zobaczyć. Nie skupiamy się tylko na sobie. Muzyka jest dla nas ważna, więc chcemy korzystać z tego, że jesteśmy na festiwalu. Czy to na OFFie, czy na Openerze, nie siedzieliśmy ciągle na backstage’u.

Co podobało wam się najbardziej podczas zeszłorocznego OFF Festivalu?

Kuba: Podobały nam się koncerty Black Midi i Stereolab. Fajna energia była też na Yakuzi. Obydwoje mamy podobne zdanie na ten temat. Mi podobał się też występ Slowthai.

Bartek: Dużo się działo, więc nie mieliśmy czasu, żeby zobaczyć wszystkie koncerty, które chcieliśmy. Co innego, jak się jedzie na festiwal jako uczestnik, a co innego, jak trzeba coś ogarnąć tego dnia, którego się gra. Plus codziennie ma się dostęp do backstage’u, a tam jest taka dobra pizza… Jak zaczną jeszcze przychodzić inni ludzie, to jednak można się trochę zasiedzieć i ominąć jakiś dobry koncert.

Zagraliście dzisiaj kilka kawałków z nowej płyty. Czy jest to jakaś zapowiedź tego, co będziemy mogli na niej znaleźć, czy może szykujecie dla słuchaczy jakieś niespodzianki?

Bartek: Chyba mogę powiedzieć, że szykujemy coś nowego. Coś, co będzie może trochę szokujące dla naszych słuchaczy, bo będzie w zupełnie innym klimacie niż do tej pory. Płyta zapowiada się dość eklektycznie. Nie wydaje mi się w sumie, że te nowe utwory, które dzisiaj zagraliśmy, są jakimś wyznacznikiem dla całego albumu.

Czy czas lockdownu poświęciliście na tworzenie nowej płyty?

Kuba: Kończyliśmy płytę, ale kawałki mieliśmy gotowe już wcześniej. Jakieś trzy tygodnie przed lockdownem pojechaliśmy na tydzień do domku na Warmii, zamknęliśmy się tam i staraliśmy dokończyć kompozycje. Oprócz tego, w trakcie lockdownu zrobiliśmy zdalnie dwie piosenki dla Polonii Disco. Każdy w zaciszu własnego mieszkania stworzył utwór ze swoją partnerką. Nie byliśmy jacyś totalnie płodni, po prostu powoli robiliśmy swoje.

Gdzieś czytałam, że lubicie post-punk. To również mój ulubiony gatunek muzyczny. Na koniec chciałabym spytać, co ciekawego moglibyście polecić z post-punku swoim słuchaczom?

Kuba: Niedawno wyszła bardzo dobra płyta Protomartyr. Słuchałem jej dzisiaj przed przyjazdem do Wrocławia. To jeden z moich ulubionych zespołów post-punkowych, Bartka zresztą też. Są jeszcze Preoccupations i cała brytyjska scena, czyli zespoły takie jak na przykład Shame lub irlandzki Fontaines D.C.

Bartek: Zależy czego słuchacz oczekuje od post-punku. Niektórzy szukają takiej surowej energii typu Idles, a inni chcą kompozycji, które mają więcej przestrzeni, są bardziej matematyczne jak Preoccupations lub coldwave’owe jak Eagulls. Jest w Polsce taki człowiek, nasz ziomek – Radek Soćko i on prowadzi portal TegoSlucham. Jakiś czas temu założył kanał na Youtubie, gdzie wrzuca wykopaliska z Bandcampa, jest tam dużo post-punkowego grania. Więc jeśli ktoś aż tak głęboko chciałby pokopać w tym gatunku, to warto sprawdzić ten kanał lub po prostu samemu zgłębiać czeluści Bandcampa.

Kuba: Z polskich zespołów polecam np. warszawski Future.

 Dzięki za rozmowę, życzę powodzenia na dalszej trasie!

Bartek, Kuba: Dzięki, cześć!

 Chociaż słonce już dawno zaszło nad Wrocławiem, to w ogóle nie myślałam o tym, jak bardzo nie chce mi się jutro iść do pracy. W końcu dzisiaj jeszcze tańczę…