Moje ulubione okładki płyt

 Gwoli ścisłości: nie jest to wpis z kategorii “najlepsze okładki płyt wszech czasów”. Nie będzie tu kultowej okładki z bananem Andy’ego Warhola, sierżanta Pieprza, czy pryzmatu z ciemnej strony księżyca. Chciałam pokazać Wam takie covery albumów, które zwróciły moją uwagę oraz wpisały się w moje dość specyficzne gusta. Propozycje nieoczywiste, często spójne z treścią do tego stopnia, że mogłoby się wydawać, jakby były tworzone i dopasowywane specjalnie do muzyki. W przypadku kilku pozycji to właśnie warstwa wizualna zachęciła mnie do zapoznania się z tym, co jest w środku. Niby “nie oceniaj książki po okładce” – ale tutaj za pięknymi coverami często kryje się faktycznie również piękna treść.

Car Seat Headrest – Twin fantasy

 Okładka przypomina szkic niedbale wykonany młodzieńczą ręką na ostatniej kartce zeszytu do polskiego. Przywodzi na myśl nastoletnie zauroczenie trzymane głęboko w tajemnicy oraz kojarzy mi się z naiwnością szczenięcych lat. Taka jest właśnie cała płyta – bardzo osobista, sentymentalna, opowiadająca o pierwszych młodzieńczych miłościach i rozczarowaniach.

Tropical Fuck Storm – A Laughing Death in Meatspace

 Muzyka australijskiego bandu Tropical Fuck Storm jest dokładnie taka, jak okładka ich debiutanckiej płyty – chaotyczna, psychodeliczna, niepokojąca. Trochę wygląda to tak, jakby muzycy sięgnęli po jakieś srogie piguły i stworzyli coś zupełnie autorskiego, a przy tym wymykającego się wszelakim kategoriom. I mowa tu zarówno o ich muzyce, jak i o okładkach płyt (druga również utrzymana jest w podobnej stylistyce). Mnie ta estetyka zdecydowanie odpowiada – przypomina trochę kolorowy koszmar. Szkoda, że tegoroczny OFF Festival został odwołany, bo to chyba na koncert Tropical Fuck Storm czekałam najbardziej.

Deftones – White pony

 Chyba mam taką przypadłość, że lubię zarówno totalnie odjechaną stylistykę, jak i dobitny minimalizm. I choć nu-metal grany przez Deftones jest mi chyba obojętny, bo za samym gatunkiem raczej nie przepadam, to ta okładka mi się po prostu podoba. Może to dlatego, że jestem tak zwaną “koniarą” i posiadam na ręce bardzo podobny tatuaż?

Sadness – I want to be there

 Nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, dlaczego ta okładka aż tak bardzo przypadła mi do gustu. Jest to jedna z tych muzycznych pozycji, którą zainteresowałam się dopiero jak zobaczyłam jej cover. Bardzo możliwe, że ta pozycja nic Wam nie mówi, bo wykopałam ją z czeluści ubóstwianych przeze mnie blackgaze’owych brzmień. Polecam przesłuchać przede wszystkim “I want to be with you” z tej właśnie płyty – doskonale komponuje się i wybrzmiewa z przedstawioną powyżej fotografią.

Scorpions – Lovedrive

 A ta okładka trafiła tutaj trochę z przekory. Mimo, że od wydania płyty minęły już dziesięciolecia, to nadal budzi ona wielkie kontrowersje. Umieszczana jest zarówno w rankingach najgorszych, jak i najlepszych okładek płyt wszech czasów. Ja osobiście darzę ją sympatią, natomiast wyobraźcie sobie tylko, z jakim odbiorem mogła spotkać się w latach osiemdziesiątych. Wywołała na tyle duży skandal, że w USA nakazano nałożyć na nią cenzurę. Sami muzycy nie rozumieli dlaczego akurat w Stanach nastąpiło takie oburzenie – przecież to tylko tam na swoich koncertach widzieli tyle nagich piersi, że taka okładka nie powinna była nikogo szokować. Jestem posiadaczką winylowej wersji “Lovedrive” i cóż…mnie szokuje chyba tylko fakt, że kiedyś Scorpionsi byli moim ulubionym zespołem.

New Order – Technique

 New Order chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Nie jest to raczej najlepsza płyta z dorobku całego zespołu, ale w mojej ocenie ma najładniejszą okładkę ze wszystkich. W moim rankingu konkurować z nią mogła tylko “Power, corruption and lies”… ale “Technique” wygrało. Przyciąga mnie w niej to, że jest odrobinę vaporwave’owa, mimo, że przecież płyta wyprzedziła o jakieś dwadzieścia lat ten gatunek sztuki. Wiecie, wystarczy, że coś zawiera w sobie fiolet, róż i duży kontrast, a mogę stracić głowę.

A Tribe Called Ques – The Low End Theory

 A teraz kompletnie “zmieniamy płytę” i przechodzimy do hip-hopowych brzmień oraz ciepłych, neonowych kolorów. Ostatnio sporo grzebię w klasyce hip-hopu, nie mogę więc nie docenić takiej perełki jak “The Low End Theory”. A to perełka zarówno muzyczna, jak i wizualna. O tej okładce tak naprawdę nie mam za wiele do powiedzenia – jest po prostu hipnotyzująca.

Burial – Untrue

 Ilekroć myślę o tej płycie (która sama w sobie zasługuje na osobny post), to tak właśnie wyobrażam sobie idealne okoliczności umożliwiające jej pełne przeżywanie. Deszcz za oknem, samotna wizyta w mało uczęszczanym barze i stygnący kubek cierpkiej kawy.

Kuyss – Kyuss [Welcome to Sky Valley]

 Kuyss, pionierzy stoner rocka, są zdecydowanymi mistrzami w budowaniu klimatu. Okładka ich (moim zdaniem najlepszej) płyty doskonale oddaje to, co czuję, kiedy jej słucham. Wyobrażam sobie letni wieczór w Kalifornii. Zachód słońca, pustynne pustkowia i piach niesiony przez wiatr, który daje choć odrobinę wytchnienia po całodniowym upale. Niedopałek papierosa wyrzucony z okna vana, brudny blues wybrzmiewający z głośników samochodu i długa droga prowadząca właściwie donikąd.

Candy Claws – Ceres & Calypso in the Deep Time

 Starałam się umieszczać wszystkie okładki w przypadkowej kolejności, mimo tego muszę przyznać, że ta jest moim numerem jeden (i pięknie przyozdabia pulpit mojego komputera). Mam w sobie spore pokłady dziecinności, co pewnie w jakimś stopniu przekłada się również na moje preferencje muzyczne oraz estetyczne. Niezależnie jednak od tego, czy jesteście poważni, albo czy nadal chcielibyście móc wierzyć w Świętego Mikołaja, musicie przyznać, że ta okładka jest po prostu zachwycająca. Wygląda jak dziecięca fantazja przeniesiona na papier. Przypomina trochę Krainę Czarów, trochę Tajemniczy Ogród, Narnię oraz wszystkie inne magiczne krainy, które znamy z dzieciństwa. Jeśli Was zaintrygowała, to koniecznie przesłuchajcie całą płytę (idealna na letnie popołudnia). Tylko uważajcie, bo te 45 minut może Was przenieść Was do zupełnie innego świata.

 A jakie okładki Wy uważacie za małe dzieła sztuki?